Featured

Jak ubrać ciążowy brzuszek? Mój dzień ze stylistką.

Jesteś w ciąży – gratulacje 🙂 Przed Tobą przynajmniej 6 miesięcy, w trakcie których wielokrotnie założysz na siebie coś, co po chwili zdejmiesz – bo nagle okaże się, że jest przykrótkie, że uciska w dole brzucha lub nie dopina się w talii. Jestem teraz w 6 miesiącu, to moja druga ciąża, do tego zawodowo uczestniczę w tworzeniu ubrań dla przyszłych mam i mam karmiących w koszulove.com. Postanowiłam poprosić o pomoc stylistkę, aby ustalić raz na zawsze, jak dobrze wyglądać w ciąży. Moja szafa musi dostosować się teraz do bardzo wyśrubowanych wymagań: musi być wygodnie, ubrania muszą rosnąć razem z brzuszkiem, musi być modnie i pasować na wiele okazji oraz…sezonów! To dopiero wyzwanie, przyznasz? 🙂

Do szafy trzeba podejść z głową 🙂 Poświęć pół dnia na przegląd, a dzięki temu wielokrotnie zaoszczędzisz czas, bo przez kilka miesięcy nie wyjmiesz na pewno nic, co za chwilę ze skwaszoną miną odłożysz w kąt. Szkoda Twojego czasu!

Ja zrobiłam przegląd ciuchów i wszystko, czego na pewno nie dopnę na brzuszku, schowałam głęboko, żeby mi nie wchodziło w drogę. I gdyby nie to, że mam kilka ciuchów ciążowych z koszulove.com, niewieleby tu zostało. Dobrze, że wpadłam na pomysł, aby poprosić o pomoc Kasię – blogerkę modową i stylistkę znaną jako Stylowa Misja.

Zanim zabrałam się do pracy, zapytałam maksymalną ilość kobiet o to, jakie problemy sprawiało im ubieranie się, gdy były w ciąży. Główne nasze bolączki to:

Drogie, niemodne ubrania ciążowe, „jak dla ciotki klotki”

Rzadziej, ale jednak, zdarzały się narzekania na to, że

Brakuje sexy ubrań ciążowych.

Ze swojego doświadczenia wiem też, że:

Niełatwo jest ubrać się w ciąży „na specjalną okazję”

I wiecie, co jeszcze?

W ciąży łatwo wyglądać grubo…

…nawet jeśli jedyny obszar ciała, który urósł, to nasza talia. Wiem o tym, odkąd poprosiłam męża, aby zrobił mi fajne zdjęcie. Na każdym wyglądałam jak wieloryb!

Wspólnie z Kasią przeanalizowałyśmy Wasze wypowiedzi, nasze doświadczenia, wybebeszyłyśmy moją szafę i postanowiłyśmy stworzyć stylizacje, które zmienią Wasze myślenie o tym, jak się ubierać w ciąży. Ja dzięki dniowi ze stylistką przeżyłam małe katharsis i nauczyłam się wiele o tym, jak kreatywnie się ubierać nie tylko w ciąży, ale w ogóle. A wiecie co, myślałam że nie jest ze mną źle i jakoś tam buty do spodni dobrać umiem 😉

Czego nauczyłam się o ubieraniu się w ciąży dzięki stylistce?

  1. Trochę luźniej i trochę dłużej to nie jest dobry trop

    Wiele z Was pisało, że ciążowej garderoby specjalnie nie rewolucjonizowało, że nie kupowałyście nic w sklepach z odzieżą ciążową, tylko po prostu wybierałyście „normalne ciuchy” trochę dłuższe i luźniejsze. Ja też nie jestem za wydawaniem majątku na kilka miesięcy, ale skoro już masz coś kupić, to lepiej kup mniej, ale lepiej. Kasia mówi, że brzuszek należy podkreślić. Dlaczego? Po to, aby jedno spojrzenie przypadkowego przechodnia wystarczyło, żeby z całą pewnością stwierdzić: ciężarówka. A nie – objedzona. Dlatego lepiej będzie inwestować i wyciągnąć z szafy te rzeczy, które go podkreślą. Kasia proponuje kombinezony, tshirty uszyte z myślą o ciążowym brzuszku, ale także… podkreślanie brzuszka paskami lub wiązaniem koszuli nad lub pod brzuszkiem.

dsc_6600
Rock and roll Made in Poland 🙂
dsc_6597
Znów koszulove „bociany”, tym razem w wersji rock and roll 🙂
dsc_6565
Ciążowy tshirt z koszulove.com, zwężany u dołu, podkreśli brzuch, a kurteczka na nim stworzy świetną kompozycję.
2
Koszulovy ciążowy tshirt z czerwoną sukienką maxi.
  1. Nie chowaj koszul i kurteczek, które się nie dopinają na brzuszku

    Nie popełniaj mojego błędu 🙂 Ja przygotowując szafę na ciążę, schowałam wszystko co mi się guzikami przestało spinać. A Stylowa Misja wyciągnęła to na sofę i zaskoczyła mnie kilkunastoma stylizacjami z użyciem koszul, które się nie dopinają! Ja sobie zanotowałam jako dogmat modowy ciężarnej, aby pierwszą warstwę nakładać obcisłą, a drugą (jeśli wymaga tego okazja lub pogoda) narzucać luźną. Daje to świetną, różnorodną „stylówkę” i fajnie podkreśla główną krągłość.

dsc_6565
Ciążowy tshirt z koszulove.com, zwężany u dołu, podkreśli brzuch, a kurteczka na nim stworzy świetną kompozycję.
dsc_6682
Dżinsowa długa koszula – i co z tego, że się nie dopina? Razem z koszulką w paski pod spodem i legginsami tworzy rewelacyjną stylizację, która zachwyci Pinterest 🙂
dsc_6642
Kombinezon z obniżonym stanem w wersji „włóczykij”. Krótki rękaw i kolor limonkowy wcale nie oznaczają, że nadaje się tylko na wakacje 🙂 Zobaczcie tę świetną jesienną stylizację dla kobiety w ciąży 🙂
dsc_6873
Pod spodem sukienka ciążowa MINI „Niech moc będzie z Tobą” a na niej, dla urozmaicenia, dżinsowa długa koszula. I koniecznie pasek nad brzuszkiem!
dsc_6625
Kombinezon limonkowy w wersji letniej – ozdobiony tylko złotymi i drewnianymi dodatkami.
  1. Sukienka ciążowa to must-have.

    Wiedziałam, że moja granatowa sukienka ciążowa marszczona pod biustem jest uniwersalna. To typowa ciążowa sukienka, uszyta też z myślą o mamach karmiących. Ale ilość stylizacji, jaką wyczarowała Kasia, zdumiała nawet mnie. Okazało się, że jedna sukienka ciążowa może być do bólu codzienna i sportowa, jak i nadawać się na chrzest czy ślub.

dsc_6719
Kasia mówi, że wystarczy kwiatek, kremowa torebka, wysokie buty, i mogę iść na chrzest, komunię lub inną oficjalną okazję 🙂
dsc_6715
To idę 🙂
dsc_6745
Tutaj granatowa sukienka ciążowa z koszulove.com jest bazą do stylizacji sportowej.
dsc_6754
Moja perełka – granatowa sukienka tworzy z pudrowym płaszczem (i znów – co z tego, że się nie dopina) piękną i elegancką stylizację.
dsc_6767
Złoty pasek wielokrotnego użytku 🙂

dsc_6764

dsc_6758
Pudrowa, zamszowa torebka i buty kremowe na grubym obcasie.
  1. Kupuj/wybierz z szafy takie rzeczy, które pozwolą na wielosezonowe stylizacje.

    Jeśli masz dobrą podstawę (patrz „piramida” na końcu tego posta) w postaci bluzki lub sukienki, dodatki (rajstopy, marynarki, buty, czapki) zrobią resztę. I znów – choć narzekamy na ceny ciążowych ciuchów, to przecież wcale nie musimy kupować całego asortymentu. Dobrze wybrać jedną rzecz a potem cieszyć się nią wraz z rosnącym brzuszkiem i zmieniającą się pogodą. Oto sztuka godna wprawnej stylistki 🙂

    dsc_6787
    Sukienka ciążowa i do karmienia piersią „Matka Polka” w wersji biznesowej, oficjalnej, dzięki marynarce (niedopiętej :)), czarnej torebce i ażurowych, miętowych butach.
    dsc_6793
    „Z tyłu nie wyglądasz, jakbyś była w ciąży” – to stwierdzenie jest dla mnie niezminne zabawne 🙂
    dsc_6835
    Sukienka ciążowa i do karmienia piersią w kolorze latte w wersji wczesnojesienny włóczykij 🙂

    dsc_6840Wersja boho i późne lato. Bazą jest sukienka ciążowa z koszulove.com w kolorze latte, na niej narzutka – koszula, okulary, slomkowy kapelusz.

    dsc_6842

dsc_6793
„Z tyłu nie widać, że jesteś w ciąży” 😉 – niezmiennie bawi mnie to stwierdzenie.
dsc_6879
Kolejne twórcze wykorzystanie sukienki ciążowej MINI z koszulove.com – do niej niebieska koszula i brązowy paseczek, wczesną jesienią będzie idealnie 🙂

Tyle zapamiętałam z tego intensywnego dnia w towarzystwie Stylowej Misji. Zastosowanie tych 4 rad odmieni moje codzienne kompozycje ciuchowe. I chyba już długo nie powiem, że „ja nie mam się w co ubrać”.

Zorganizuj szafę jak piramidę

Ułożyły mi się te rady w głowie w piramidę. Ta piramida odnosi się do problemu „jak przygotować szafę do wymogów stanu błogosławionego”. Odpowiada na pytanie jak wydać minimalną ilość pieniędzy na ubrania ciążowe, jak szybko tworzyć ciekawe i oryginalne stylizacje i… jak nie wyglądać grubo w ciąży 😉 

Na samym dole piramidy są rzeczy, które już teraz masz w swojej szafie: narzutki, legginsy, dżinsowa kurtka, marynarki, koszule, elastyczne (dopasowane) i dostatecznie długie tshirty.

W środku są niezbędne rzeczy, które będziesz musiała kupić: są to ciążowe spodnie z elastycznym pasem.

Na samym szczycie są wisienki na torcie – multi-funkcjonalna sukienka ciążowa.

infografika-jak-ubrac-ciazowy-brzuszek

Jeszcze więcej stylizacji ciążowych, jakie wykonała na mnie Kasia, znajdziecie wkrótce na blogu blog.koszulove.com oraz na blogu samej Kasi. Zobaczcie też backstage czyli o tym, jak przez ponad 10 h dobierałyśmy ciuchy, planowałyśmy stylizacje, dobierałyśmy dodatki, w między czasie wyprawiając na spacer Helenę z babcią Danusią (Dziękuję :)).

 

Za pomoc w realizacji sesji dziękuję Sukienkowo i kawiarni rodzinnej Tymianek.

Uwolni od nawału, utrzyma laktację… must have matki karmiącej.

Pisałam kiedyś o tym, że świeżo upieczonej Mamie potrzebne są właściwie tylko 3 rzeczy, aby cieszyć się radosnym i harmonijnym macierzyństwem. A była to chusta, kitchen helper i jakieś ubranie aby móc swobodnie karmić piersią. Dziś dodałabym do tej żelaznej listy jeszcze jedną pozycję…


W pierwszej ciąży czytałam sporo o laktacji. Wiedziałam wszystko, co potrzebne, aby uczynić karmienie piersią fundamentem opieki nad Heleną, gdy była jeszcze pod moim sercem. Nie miałam jednak pojęcia, jak to całe karmienie piersią będzie wyglądało technicznie. Zastanawiałam się, skąd właściwie wypływać będzie mleko. Patrzyłam na centralną część swoich piersi i naprawdę mocno kombinowałam, którędy wypłynie ta niemowlęca ambrozja 😉 To, jak karmienie piersią wygląda od strony technicznej, miałam dopiero poznać. Jak zbiera się pokarm w piersiach, jakie to uczucie mieć pierś opróżnioną z mleka a jakie, gdy od karmienia minęły 3 h. Nie wiedziałam też, czym jest tak zwany nawał. To właśnie czas pierwszego nawału i trudności z tym związane (dobre porównanie to dwa głazy leżące na klatce piersiowej) kazał mi powiedzieć do Męża:

„Jedź i kup laktator”.

Uwierzycie? Nie miałam laktatora. Zainteresowałam się jego kupnem dopiero, gdy rozpaczliwie szukałam sposobu na uwolnienie się od ciężkich jak głazy i wielkich jak balony piersi.

Zły laktator

Pojechał więc Mąż do sklepu wielkopowierzchniowego z asortymentem tylko dla mam i dzieci. Nie wiem, czy szukał rady u sprzedawczyni, czy kombinował sam, dość powiedzieć, że przyjechał do domu z laktatorem ręcznym marki Tommee Tippee. Któren to laktator miał się stać moim wielkim utrapieniem. Ale po kolei.

Laktator może być wielkim sprzymierzeńcem laktacji, ale może być też wrogiem. Chlip chlip. Ja trafiłam raczej na wroga. W stresie, lekkiej nawałowej frustracji, pachnąca kapustą, użyłam więc tego Tomi Tipi. Przystawiam do piersi, pompuję, pompuję, poleciała kropelka, a piersi nadal w stanie jak przed Big Bang. Coś robię nie tak? – pytam Googla. Kilka renomowanych stron zaleciło ciepły prysznic i patrzenie na maluszka.

Dziś wiem, że laktator to jest narzędzie jak każde inne, trzeba na pewno poświęcić kilka dni, aby nauczyć się jego stosowania.

Po około 3 latach od tamtego czasu wyciągnęłam z pudła mój stary laktator, który tym razem miał być moim sprzymierzeńcem przy małym Filipku. Stałam się albo bardziej wymagająca, albo bardziej wybredna, dość powiedzieć, że „Tomuś” już od pierwszego użycia zaczął mnie poważnie denerwować. Najbardziej denerwowało mnie to, że duża część odpompowanego z trudem mleka zostawała na ściankach lejka. Kiedy to się działo przy Helenie, myślałam, że może ja coś źle robię. Teraz stwierdziłam, że po prostu mam w ręku jakiś bubel. Do tego przez trzy lata część gumowej harmonijki, która pomagała w laktatorze wytwarzać podciśnienie, zżółkła i wyglądała niehigienicznie. A co jak co, ale laktator musi być nieskazitelny pod tym względem. Utrata cennego płynu następowała również za każdym razem, kiedy przelewałam mleko do woreczków do przechowywania. A to wszystko dzięki „dizajnerskiemu” kształtowi buteleczki Tommee Tippie. Zaczęłam poważnie żałować tego, że przed trzema laty tak niefrasobliwie, bez uprzedniego researchu albo chociaż zapytania na forum „Jaki laktator polecacie”, wysłałam męża do sklepu po laktator.

ScreenHunter_5469 May. 22 22.15

Na szczęście jeszcze karmiąc Helenę znalazłam niezawodny sposób na w miarę satysfakcjonujący pobór mleka. Mianowicie przystawiałam laktator równocześnie z przystawieniem Heli. Trochę to było karkołomne i wymagało koordynacji na poziomie cyrkowca, ale przynajmniej mleko leciało w pożądanej ilości.

Dobry laktator

Nie zmieniało to faktu, że każdorazowe odciąganie „Tomkiem” powodowało u mnie już napływ nie oksytocyny tylko kortyzolu. Utrata nawet kropli mleka ze względu na nieodpowiedni dla mnie lejek naprawdę mnie wkurzała. Powoli zaczynałam rozważać zakup nowego laktatora, gdy przedstawiciele marki Medela uznali, że są ciekawi mojej opinii o ich laktatorach. Bomba, co? Chyba w nagrodę za moje męki z ręcznym laktatorem dostałam do przetestowania elektryczny laktator Medela Swing.

Byłam potwornie ciekawa, czy efekt tracenia mleka wskutek nieszczelności, niedopasowania lejka laktatora, będzie mnie prześladował. Nic z tych rzeczy. W ogóle ten laktator to jest inne doznanie. Po pierwsze, jest bardzo ładny i estetyczny. Jeśli mam z czymś mieć tak bliski i intymny kontakt, wygląd nie jest bez znaczenia. Po drugie – buteleczki są dwie. Mogę ściągać pokarm z obu piersi na raz. Oszczędność czasu to jest zdecydowanie to, co lubię najbardziej. Cyrkowa epoka karmienia z jednej piersi i ściągania z drugiej minęła.  Po trzecie – wszystko dzieje się bez udziału moich rąk. Mleko ściąga się niemal samo, a ja sobie robię co tam trzeba. Czyli najczęściej pracuję przy komputerze. Ostatnio tak się zagapiłam, że prawa buteleczka prawie pod korek się zapełniła 🙂

Ale jak to tak, bez użycia rąk? A kto trzyma buteleczki?

Ano buteleczki kochane trzymają się dzięki użyciu takiego sprytnego stanika z dziurkami, zapinanego zamkiem z przodu. Gdy mnie Helena pierwszy raz w nim zobaczyła, radośnie uznała, że stanik ma oczy. W te dziurki wkładamy lejki, lejki dołączamy do buteleczek i gotowe. Można czytać Twój Styl, obierać ziemniaki, scrollować fejsa – co kto woli.

Z tego co zauważyłam, w kręgach mam Medela Swing jest dość jednomyślnie uznawany za bezkonkurencyjny. Ta jakość i komfort ma swoją cenę (ponad 500 zł), i to jest pewnie powód, dla którego Medeli Swing nie spotykamy w każdym domu. Mam jednak rewolucyjny pomysł,  laktatory powinny być refundowane! A tak serio, to zawsze można zdecydować się na pojedynczą wersję Medeli (laktator Mini Electric). Mamy na forach i innych blogach wskazują też bardzo słusznie, że Medela, jak przystało na  szwajcarską firmę, jest niezniszczalna. Zatem posłuży kilka lat i kilkorgu dzieci.

Jak(i) wybrać laktator?

A na zakończenie jeszcze kilka oczywistości dla tych, które już karmią. Muszę to napisać dla takich mam jak ja przed 4 laty. Szkoda, że sama wtedy nie trafiłam na tego typu post. Co zatem chcę napisać sobie z przeszłości?

Laktator to największy sprzymierzeniec karmienia piersią. Warto go mieć z wielu powodów:
– umożliwia aktywny tryb życia – pomaga gromadzić małe zapasy mleka i daje możliwość wyskoczenia z domu na dłużej niż 2 h.
– pomaga przy nawale – rozładowuje nadmiar mleka w tym trudnym czasie;
– pomaga przy niedoborach mleka – można specjalną metodą rozkręcić laktację;
– umożliwia utrzymanie laktacji w sytuacji gdy np. przyjmujemy leki, które tymczasowo uniemożliwiają karmienie;
– pomaga utrzymać laktację po powrocie do pracy.

Zatem, drogie przyszłe Mamy, zanim wyślecie męża po laktator, zróbcie mały research na rynku. Właściwie to skoro to czytacie, to być może właśnie to robicie – mam nadzieję, że udało mi się trochę pomóc w trudnym wyborze. Musicie zdecydować:

– czy zainwestować w laktator ręczny (przedział cenowy od 60 zł do ok 190 zł) czy elektryczny (przedział cenowy od 250 zł do ok 800 zł)?
– jakiej marce laktatorów zaufacie?
– jaki rozmiar lejka do laktatora wybierzecie.

Ten trzeci temat jest kluczowy. Na samym początku napisałam, że przez nieodpowiedni dla mnie kształt lejka znaczna część mleka była tracona. Jeśli chcecie już konkretnie zdecydować, jaki lejek wybrać, na stronie Medela jest bardzo klarownie przedstawiona instrukcja dokonania pomiaru brodawki i wyboru lejka pod tym kątem.

Czy udało mi się Was przekonać, że wyborowi laktatora warto poświęcić trochę czasu? Przeanalizować styl życia, to jak długo chcemy karmić piersią, przygotować się na ewentualne trudności. Ja tego nie zrobiłam i męczyłam się 2 lata niepotrzebnie. Nie idźcie tą drogą 🙂

Mama Muminka postanawia odejść

Jest taki odcinek Muminków, w którym Mama Muminka postanawia odejść. Znacie Mamę Muminka – to wzór żony i matki. Jest ostoją spokoju, przepysznie gotuje, a swój instynkt macierzyński rozciąga na wszystkie istoty w Dolinie Muminków, nie wyłączając Paszczaka. Pewnego dnia Mama Muminka dowiaduje się, że przygotowana potrawa nie smakuje domownikom. Krytyka potrawy MM była niezwykle delikatna, a może i w ogóle nie była to krytyka, niemniej jednak MM poczuła się urażona i zmartwiona. W nocy spakowała „manatki” i wyruszyła w podróż pod przykrywką poszukiwania nowych przypraw. Zostawiła liścik z instrukcją co gdzie można znaleźć do jedzenia.

Wiecie, co myślę na temat odejścia Mamy Muminka? Myślę, że wcale nie chciała szukać nowych przypraw. Myślę, że najzwyczajniej w świecie się wkurzyła na swoich domowników, którzy uznali jej osobę i zaangażowanie w rodzinne życie Doliny Muminków za oczywistość. Czy Ty też czujesz już, że masz z Mamą Muminka sporo wspólnego? Chyba każda Mama ma… Nie każda z nas gotuje na poziomie masterchefa, nie każda jest ostoją spokoju jak Mama M. Ale każda z nas codziennie stawia siebie na daleki plan po to, aby najpierw zaspokajane były wszystkie potrzeby potomstwa. Tylko my Mamy wiemy, ile energii kosztuje zachowanie odpowiedniego poziomu higieny, sytości w brzuszku i uśmiechu na twarzy niemowlaka czy przedszkolaka. Tylko my wiemy, co to znaczy budzić się w nocy minimum 4 razy, a w ciągu dnia 4 razy kołysać czule do snu tego, co w nocy nam urządzał pobudki. Wszystko to jest dla nas oczywiste. Poświęcić siebie niemal w całości dla drugiego – my Mamy robimy to „bez gadania”. Ta oczywistość jest również bezdyskusyjna dla naszych bliskich. Ba, zamiast doceniać tę nudną codzienność, wypełnioną zmianami pieluch i kilometrami wyrobionymi w parku, tę nieustanną czujność na potrzeby dzieci, pomysłowość w ich zabawianiu, pocieszaniu… tę naszą służbę uznaje się za oczywistość. I stawia się do niej wymagania, dyskutuje się z nią. Nie muszę pisać o społecznych wymaganiach wobec Mam. Dość powiedzieć, że chce się od nas, abyśmy były czułe i opiekuńcze, a jednocześnie nie przyzwyczaiły dziecka do czułości i opiekuńczości, bo wyrośnie na tak zwanego (nomen omen) maminsynka. I w takich właśnie okolicznościach presji połączonej z niedocenieniem… Mama Muminka postanawia odejść. 

Pani Muminkowa wie dobrze, że najbardziej cenimy to, co straciliśmy. Chciałabym, żeby to nie było potrzebne. Chciałabym, żeby nasi bliscy przystanęli na chwilę, zajrzeli do wózka, zastanowili się, ile energii wymaga opieka nad maluszkiem. I zamiast patrzeć z wyrzutem na stos niepoprasowanego, spojrzeli na błogo uśmiechnięte maleństwo i zobaczyli, ile w tym uśmiechu jest trudu Mamy. Chciałabym, żeby Mama Muminka nie musiała odchodzić, aby zostać docenioną.

Życzę tego sobie i nam Mamom z okazji zbliżającego się święta.

Normalize breastfeeding

Na fan page’u karmieswobodnie w tle mam zdjęcie z premiery ubrań do karmienia piersią. Właśnie skończyłyśmy prowadzić z Hafiją relację live na jej fan page’u. I nie byłoby w tym zdjęciu nic spektakularnego, gdyby nie Filip dossany do mojej piersi 🙂 Tę fotkę wrzuciłam na fan page z premedytacją. I bynajmniej nie chodzi mi o popularyzowanie fragmentu mojej piersi. Zależy mi na „normalize breastfeeding”. To hasło oddaje ideę zmiany myślenia na temat karmienia piersią jako czegoś naturalnego, pożądanego w każdych okolicznościach, w każdym miejscu i czasie, niezależnie od wieku dziecka. Widok karmiącej mamy powinien być dla społeczeństwa normą. No bo hej, gdyby nie karmienie piersią, ta cywilizacja by nie miała większych szans na zaistnienie.

Chcę być żywym, chodzącym przykładem tego, że można i powinno karmić się wszędzie, gdzie wymaga tego dziecko. Do tej pory byłaś aktywną kobietą, spotykałaś się z koleżankami, uprawiałaś sport, korzystałaś z oferty kulturalnej miasta? Jak zostaniesz mamą, to wcale nie musi się zmienić. Wystarczy Ci chusta i mleko w piersiach. Przyda się też laktator i coś wygodnego do karmienia.

Wiesz, karmienie piersią daje niesamowitą supermoc. Z taką mocą trudno usiedzieć w domu 🙂 Ja przez taką supermoc nie mogę usiedzieć w miejscu i robię to, co robię. Nie ma powodu, dla którego karmienie piersią miałoby się odbywać w czterech ścianach.

Dlatego zawsze, gdy jest taka potrzeba, chętnie karmię w przestrzeni publicznej. Im częściej mama karmiąca będzie korzystała ze swojego prawa do użytkowania przestrzeni publicznej tak jak inni ludzie, tym bardziej normalnym widokiem będzie mama karmiąca swoje dziecko. Zachęcam każdą mamę – idź, i karm swobodnie, jak ja! 🙂

To też praca, tylko szefa nosi się na rękach

Już od 13:00 czekam na 16:30 – orientacyjny czas powrotu mojego męża z pracy. Tak jak Ty, gdy jesteś w pracy, wypatrujesz godziny jej końca. Jeśli wydaje Ci się, że urlop macierzyński ma coś wspólnego z urlopem, jeśli zazdrościsz mamom na spacerkach w parku, jeśli zastanawiasz się, jak to jest „siedzieć z dzieckiem w domu” to właśnie dziś Ci to opiszę. A ponieważ nie masz macierzyńskiego doświadczenia, lepiej to zrozumiesz gdy odwołam się do terminologii pracy w firmie. Zaczynamy.

O 7:00 rano siadasz z kawką w ulubionym kubku przy komputerze. Już masz zacząć przeglądać maile gdy wchodzi Twój Współpracownik. Ma katar. Lecisz po odkurzacz, podłączasz „katarek”. Jednak Współpracownik negocjuje. Zanim wyciągniesz mu katar, najpierw poczytasz mu raport. Gdy będzie siedział Ci na kolanach. I owijał wokół swojego palca Twoje włosy. Dla uproszczenia przyjmijmy, że już po godzinie udaje Ci się namówić współpracownika do wyciągnięcia kataru. Możesz wrócić do skrzynki mailowej, która już kipi. Otwierasz pierwszego maila z alarmującym tytułem: „Raport…”. A a a. Nie tak prędko. Współpracownik woła: „Siusiu!”. „Idź sam” – myślisz. „Przecież umiesz”. On jednak domaga się Twojej obecności. Negocjujesz. W Twojej pracy bardzo ważna jest umiejętność negocjacji. „Odpiszę na tego maila i przyjdę podciągnąć Ci spodenki”. Ponieważ Twój współpracownik, nazwijmy go w końcu dla jakiegoś uproszczenia, Adasiem, ma dobry dzień, idzie sam. Napisałeś już pierwsze zdanie maila. Słyszysz wołanie z toalety. Lecisz. Adaś ma mokre spodenki i koszulkę, bo zdecydował się spróbować samodzielności z kranem. Przebierasz Adasia.

Po epizodzie w toalecie zachęcasz współpracownika, aby zajął się swoją pracą. Nie jest zbyt zadowolony. Zaczyna płakać. W między czasie dzwoni szef i pyta, kiedy odpowiesz mu na 3 ostatnie maile. Jeśli jeszcze nie czujesz presji oczekiwań wobec Ciebie, to albo jesteś z kamienia albo zwyczajnie nie masz głowy. Zresztą właśnie teraz, a jest ok 12:00, masz ochotę tej głowy się pozbyć. To by rozwiązało wiele problemów.

Jest to jednak nierealne. Zatem sięgasz po ostatnią deskę ratunku, która być może pozwoli Ci zachować integralność psychiczną. Kawka. Ups, wystygła. Jeśli jesteś niepoprawnym optymistą, pójdziesz sobie dolać trochę gorącej wody.

Wtedy nastaje cudowna chwila. Współpracownik zaczyna przeglądać papiery. Zajął się swoją pracą! Nie patrzy na Ciebie i chwilowo nic nie chce – ani siusiu, ani wydmuchać nos, ani się przytulić, ani pisać na Twojej klawiaturze. Chwilo trwaj. Bierzesz łyk kawy i próbujesz przypomnieć sobie, jakie chciałeś drugie zdanie dopisać do tego maila, którego ok 9:00 zacząłeś pisać. Jak to było? Trudno pozbierać myśli.

Czujesz, że Twój mózg zaczyna przypominać jajecznicę. Właśnie. Adaś zaczyna być na pewno głodny. Co z Ciebie za marny, pożałowania godny współpracownik, że o tym nie pamiętasz. Szybko wymyślasz jakiś posiłek. Musi mieć dużo wartości odżywczych, być bezglutenowy, a jeśli ma żurawinę to ją wcześniej wypierz i wygotuj bo wiadomo że żurawina jest nasączana truciznami. Może by tak zjeść garść? – zaczynasz poddawać się desperacji  A przecież to dopiero południe. Szukasz przepisów na zdrowe danie, szybko przyrządzasz (optymistyczny wariant jest taki, że posiadasz wszystkie składniki w szufladzie biurka ;), robisz fotkę na insta i podpisujesz: #lovemyjob #healthyeating #motivation.

Reszta dnia wygląda całkiem podobnie. To znaczy każda próba zajęcia się swoją pracą jest w końcu przerwana przez spełnienie potrzeby Adasia. Czekasz na 16:00, godzinę wolności. I to jest właśnie zasadnicza różnica pomiędzy Tobą, osobą, która nie jest mamą na urlopie macierzyńskim  a taką właśnie mamą. My nie wychodzimy z pracy. My jesteśmy w niej 24h/dobę.

Przychodzi mama do projektanta…

Dzieci zdrowe – zapalenie oskrzeli już za nami. Odpukać! Filip śpi, Helena w przedszkolu. Pracuję nad szczegółami imprezy z okazji premiery nowych ubrań dla mam karmiących i w ciąży. Jestem po spotkaniu w Family Cafe, jednym z najpiękniejszych miejsc na mapie Poznania, które dodało mi potrzebnych skrzydeł. A jak to się w ogóle wszystko zaczęło? Przecież ten projekt wcale nie miał być projektem, nie myślałam o żadnej imprezie…


Spotkanie mody i macierzyństwa dojrzewało we mnie równomiernie z Filipem, z którym w 2016 roku byłam w ciąży. Na koniec lata spotkałam się z Kasią, stylistką, aby przerobić temat modnego ubierania się gdy ma się brzuszek. Kasia naświetliła mi temat z wielu perspektyw, o których jeszcze nie myślałam. Potem zaczęliśmy w koszulove rozmawiać nt. nowych modeli ubrań – co zaproponować na 2017 r., co udoskonalić, jakie potrzeby mają mamy, które robią u nas zakupy. I wtedy wpadłam na pomysł, aby nowe modele ubrań opracować w drodze konkursu dla młodych projektantów.

Dlaczego konkurs i dlaczego młodzi projektanci?

Pomyślałam, że nowe rozwiązania funkcjonalne w ubraniach do karmienia piersią potrzebują świeżych, nieszablonowych, odważnych pomysłów. Zwrócenie się do młodych, nieskrępowanych twórczo osób miało wg mnie wiele plusów. I tak trafiłam do Szkoły Forma, w Szkole Forma na Anię Joniak, jej założycielkę. W jej osobie znalazłam potrzebne w projektowaniu doświadczenie i wiedzę. Opowiedziałam Ani o pomyśle, Ania poczuła lekki zew krwi projektanckiej i konstruktorskiej, i… zaczęłyśmy 🙂

Za namową Ani (choć nie musiała mnie namawiać długo) przyjęłyśmy, że to nie będzie tradycyjny konkurs, takie one-night-stand. Zdecydowałyśmy, że z uczestnikami będziemy rozmawiać, damy im dużo wiedzy o tym, dla kogo mają projektować, jakie są szczególne potrzeby tej „grupy docelowej”. Zrobiłyśmy warsztaty, na których, z pomocą Karoliny „Kolorowej Mamy” opowiadałyśmy projektantom o karmieniu piersią. O tym jak to wygląda w przypadku niemowlaka, jak u starszaka, jak często dziecko je, że niektóre dzieci lubią trzymać drugą pierś, że niektóre niespokojnie ssą raz jedną raz drugą pierś, że najważniejsze na świecie jest to aby szybko móc podać pierś. Gdy mówiłam o tym, czułam się jakbym przyleciała z innej planety. Stałam przed projektantami z pokaźnym brzuchem i opowiadałam o karmieniu. Dla mnie to temat tak naturalny jak stan pogody. Ale dla osób, które nie są mamą… musiało być to osobliwe. Rzadko kiedy mamy okazję tak dużo mówić o piersiach 🙂

zdjęcie z warsztatów 1.jpg

DSC00282.JPG

DSC00311.JPG
Wybieramy projekty które przejdą do 2 etapu konkursu

Konkurs miał dwa etapy. Najpierw oglądaliśmy szkice żurnalowe i moodboardy. Rozmawialiśmy o tym, jak projektanci chcą podejść do zaspokojenia szczególnych potrzeb ubraniowych mam karmiących i mam w ciąży. Na tym etapie jadłam sporo ciastek. W Szkole Forma zawsze jest kilka typów ciastek – to trzeba wiedzieć 🙂

Kilkanaście szkiców żurnalowych, które zakwalifikowały się do następnego etapu, miały teraz zostać odszyte z neutralnej dzianiny. Żeby zobaczyć, jak to wygląda „w 3D”, sprawdzić konstrukcję i samo rozwiązanie – ciążowe i do karmienia.  Po tych próbnych odszyciach spotkałyśmy się, aby założyć na siebie, sprawdzić jak to działa. Ja wtedy sprawdzałam dodatkowo, jak dana rzecz układa się na brzuszku. Początkowo założenie było takie, że konkurs wygra jedna rzecz… ale na tym etapie wiedziałam już, że będzie ich więcej. Byłam zachwycona niektórymi pomysłami. I cieszyłam się, że już niedługo sama będę karmiła Filipa w odjazdowych ciuchach. Pod wieloma względami jestem wielką szczęściarą… 🙂

4 miesiące później

Mijały kolejne dni, projektanci na następnym etapie mieli odszyć prototypy z dzianin docelowych. Zbliżał się grudzień i mój termin porodu. Zresztą myślę, że wspinanie się na 3 piętro Szkoły Forma ostatecznie trochę przyczyniło się do tego, że 9 grudnia pojechałam na porodówkę. 8 grudnia wychodziłam z „Formy” i w korytarzu ustalałam z Anią termin spotkania, na którym miałyśmy wskazać zwycięskie projekty. Zaproponowałam 22 grudnia. Dopiero po kilku minutach dotarło do mnie, że to termin mojego porodu 🙂 I tak 9 grudnia urodził się Filip. A Ania Joniak świętowała swoje urodziny. I wiecie co? Dokładnie 22 grudnia spotkaliśmy się aby wybrać ostateczne, wygrane projekty. W dzień mojego porodu! Ale ja zamiast rodzić, karmiłam Filipa i to po kolei w każdym zaprojektowanym prototypie. Robiłam sobie zdjęcia podczas karmienia, mierzyłam czas przystawienia, pokazywałam bliskim osobom i pytałam o zdanie.

Świętujemy

9 marca o godz. 11:00 w bajecznie pięknym Family Cafe w Poznaniu odbędzie się fajna impreza, która oficjalnie zakończy ten projekt. Ona jest po to, aby świętować miłą, twórczą pracę, i po to, aby zebrać opinie młodych mam odnośnie powstałych ubrań. Zapraszam Was serdecznie 🙂 Cel projektu był taki, aby mamy mogły karmić swobodnie, bez wzbudzania dyskusji, przyciągania krępujących spojrzeń. Mam nadzieję, że się nam udało. Przyjdźcie to ocenić 🙂

W trakcie spotkania Wasze maluszki będą bawiły się tuż obok Was. Zapewniamy pyszne przekąski, oczywiście KAWKĘ ;), ja pracuję teraz nad fajnymi upominkami dla wszystkich uczestniczek spotkania oraz nad jak największą ilością prezentów, które rozlosujemy wśród zarejestrowanych uczestniczek. A to jeszcze nie wszystko… jutro napiszę Wam, kim jest GOŚĆ SPECJALNY 🙂 🙂 🙂

Dobry poród

Szkrabowi stuknęły dziś 2 miesiące, najwyższa pora i dobry pretekst, aby napisać o moim porodzie. Dlaczego w ogóle chcę dzielić się takim osobistym doświadczeniem? Ano, jestem trochę ewangelistką porodową. Tzn. nie to co Marianna Szymarek czy inne fajne doule, ale jak mówię o porodzie, to mi od razu się żarzy w klatce piersiowej. Bo wierzę, że od dobrego porodu łatwiej zacząć macierzyństwo. I że mamy duży wpływ na to, aby poród był dobry. I że warto rodzić siłami natury.

Dobry poród czyli jaki?

Dla każdej z nas wyznaczniki dobrego porodu będą różne. Dla mnie było to:
– W trakcie mojego porodu byłam traktowana podmiotowo, zgodnie z moim planem porodu. To szpital był dla mnie a nie ja dla personelu.
– Miałam przy sobie wielkie wsparcie Położnej i Męża, w trudniejszych chwilach dostawałam radę lub pomoc konkretną (brawo dla mojego Męża za masaż kręgosłupa)

Poród w domu czy w szpitalu

A w ogóle to miałam rodzić w domu. Już byliśmy zakwalifikowani przez Położną. Już Mąż był przekonany a ja nastawiona. Jednak wirus grypy jelitowej zdecydował inaczej. 8 grudnia spędziłam noc nad toaletą. Rano bałam się ruszyć, aby nie wywołać akcji porodowej, Położna napisała: „Lepiej żebyś teraz nie rodziła”. Zaniepokoiły mnie słabo wyczuwalne ruchy i ok 14:00 byłam na Polnej (Poznaniankom nie muszę dalej wyjaśniać :), to wojewódzki szpital położniczy w Poznaniu). Czekaliśmy z Mężem ponad godzinę z bilecikiem kolejkowym. Ja zupełnie spokojna – sprawdzą, powiedzą że ok, wypuszczą. Mąż się wkurza, że tyle to trwa. Ja z zadowoleniem: „A widzisz, dlatego właśnie lepiej, że rodzimy w domu. W domu to my o wszystkim decydujemy”.

A tu klops podczas badania. Miła młoda lekarka stwierdza, że sączą się wody płodowe, co jest równoznaczne z „zostaje pani na oddziale”. Wyobrażacie sobie moje zniesmaczenie obrotem spraw? Bez sił, chora (zarażę malucha???) i do tego w szpitalu. No nie tak miało to wyglądać.

Do dzieła

Wiozą mnie wózkiem jak jakąś chorą, a nie wojowniczkę, która wkrótce wyda na świat Nowe Życie. Na szczęście na położniczym jest moja Położna, która akurat ma dyżur. Przypadek? Iwona mnie przytula i już wiem, że będzie dobrze. Tylko jeszcze nie wiem, jak. Bo 2 cm rozwarcia to jeszcze nie jest szał. A w szpitalu blokada psychiczna może sprawić, że rzeczywiście urodzę w terminie – 22 grudnia. Położna robi mi masaż szyjki macicy. Dobrze, że jakoś wcześniej nie naczytałam się, jakie to bolesne. No bolało, ale przecież to nic w porównaniu z tym, co czeka za rogiem. Po masażu zaczęło się na poważnie. Ale jeszcze byłam kontaktowa, wypełniałam ankietę, żartowałam sobie ze studentką, która była na mojej małej salce. W tym czasie Mąż transferował Helenę z przedszkola do domu i czekał aby przekazać ją pod opiekę moich rodziców. Gdy przyjechał o 18:00, ja już byłam ok 5 cm i na gazie 🙂 Teraz nie wiem jak pierwszy poród bez gazu przetrwałam. Na szczycie bólu dawał ulgę.

Byłam świadoma każdej fazy, każdej kolejnej „bramki”. Była praca z bólem, potem chwila wytchnienia, potem kolejna praca z bólem. Położna wpadała na chwilę aby zobaczyć co się dzieje i dać wytyczne co robimy dalej. Gdzieś w połowie poprosiła abym się położyła na boku, aby główka Filipa zrotowała odpowiednio. Na tym etapie pomógł mi nalpain i masaż kręgosłupa. Trzecia faza mnie zaskoczyła. Nie poradziłam sobie z nią tak szybko jak przy porodzie Heleny, gdzie parcie odebrałam jako całkiem łatwą czynność. Tutaj miałam jakąś blokadę, tak jakbym nie wiedziała jak do tego podejść, jakby moje ciało trochę się pogubiło. Może ta faza przyszła za szybko – była to piąta godzina porodu. Poprosiłam o nacięcie (A dokładnie brzmiało to tak: „Booooliiiiiii…. Iwona błagam… natnijcie mnie!!!”) .

Początek

I to był już the end. A właściwie początek, bo na moich piersiach wylądował Filipek. Po raz drugi to wielkie szczęście zostania mamą, również wielkie szczęście zobaczenia zdrowego maluszka. Wszystko prawie tak, jak chciała tego Matka Natura i prawie tak, jak chciałam tego ja 🙂 W ogólnym rozrachunku – szczęśliwie.

por3

Jak poradzić sobie z różowym stworem, czyli ataki histerii u 2 i 3-latka

W pierwszym odcinku „Doliny Muminków”, Muminek wchodzi do czarodziejskiego kapelusza i wychodzi z niego jako obrzydliwy, różowy stwór. Cała rodzina i znajomi reagują tak, jak się reaguje na obrzydliwego różowego stwora – z nieufnością i gotowością bojową. Różowy stwór, czyli Muminek, jest przerażony swoją nową postacią i tym, że bliscy nie widzą jego dramatu, tylko własny strach. W pewnym momencie do pokoju, w którym rozgrywa się ta dramatyczna scena, wchodzi Mama Muminka. Różowy podbiega do niej i ze łzami w oczach, rozdzierająco woła: „Mamusiu, powiedz że mnie poznajesz, to ja, Muminek!”. Mama patrzy na niego spokojnie i po dłuższej chwili mówi:

„Tak, ty jesteś moim Muminkiem”.

Ta scena jest dla mnie przewodnikiem po atakach histerii (zwanych też atakami furii) u mojego prawie 3-letniego dziecka.

screenhunter_4817-nov-04-22-09

U nas etap histerii, która można też opisać jako ataki nieuzasadnionej furii, w trakcie której rodzic rozważa czy dzwonić na policję, po egzorcystę lub straż pożarną, podczas gdy dziecko krzyczy jak obdzierane ze skóry, nóżkami, rękoma lub całym ciałem uderza w podłogę czy ścianę (stąd pewnie chęć wezwania egzorcysty), podczas którego następuje utrata kontaktu wzrokowego i słuchowego, zakończył się jakiś czas temu. Trwało to ok 2 tygodnie, w kulminacyjnym momencie w ciągu 1 dnia moja córka zaserwowała mi 5 takich ataków pod rząd. Jeden był spowodowany tym, że obudziła się po popołudniowej drzemce, drugi tym, że zamiast schodami, wjechałyśmy windą, reszty nie pamiętam, ale powód był – w moim odczuciu – błahy. Nigdy dotąd nie czułam się jako rodzic tak zagubiona jak w tamtym czasie. Szukałam właściwej interpretacji tych sytuacji. Właściwa interpretacja, analiza tego, jak we mnie rezonują te ataki, i jakie mają podłoże u dziecka, było dla mnie kluczowe, aby potem znaleźć skuteczne rozwiązania.

Wahałam się między dwiema alternatywnymi interpretacjami zachowania mojej dwulatki:
– Helena próbuje narzucać i dyktować warunki naszego współżycia, co większość dorosłych określa mianem terroryzmu.
– Helena rezonuje trudny czas przedszkolny, w którym narzucane są jej granice życia w społeczeństwie (stanie w kolejce, trzymanie się za rączkę, chodzenie w parach, czekanie na swoją kolej)

Nie mogłam zgodzić się na uznanie, że ten różowy od płaczu, rozwrzeszczany stwór robi to po to, aby uzyskać władzę, pokazać mi „gdzie raki zimują”. Jednocześnie, gdy po raz kolejny afera dotyczyła tego, że nie wezmę jej na opa (powód: dwudziesty-któryś tydzień ciąży), czułam, że moje granice są przekraczane. Nie mogłam zgodzić się ani na ich naruszenie, ani na uznanie własnego dziecka za perfidnego terrorystę.

Po długich namysłach i pobieżnych lekturach tekstów o atakach histerii u dwu- i trzylatków, przekonałam się, że:

– racjonalne argumenty (Helenko, nie mogę Cię nosić bo mam dzidziusia w brzuchu) nie działają
– stanowcze NIE pogarsza sprawę (NIE, NIE wezmę Cię na opa)
– Krzyczenie pogarsza sprawę
– Mówienie „Uspokój się!!!” nie działa

Jest tylko jeden „sposób”, który pozwolił nam wyjść z trudnego czasu nasilonych histerii. Bycie obok. Dostrzeżenie, że różowy stwór jest nawet bardziej zagubiony niż ja w tej sytuacji. Przytulenie, gdy różowy stwór był już gotowy aby odzyskać poczucie bezpieczeństwa w moich ramionach. Zapobieganie – jak najszybsze tonizowanie emocji, gdy w perspektywie był atak szału.

Nie zrozumcie mnie źle. Ani razu nie zaakceptowałam tych ataków. Wszędzie piszą „to normalne”. A ja nie mogłam uznać za normalne tego, że moje dziecko tak mocno cierpi. To nie może być normalne, na to trzeba znaleźć rozwiązanie jak najszybciej.

Oczywiście nie kwestionuję tego, że etap rozwoju, na którym aktualnie znajdowała się Helena, mógł być tak dynamiczny i wymagający dla niej samej, że gubiła się na te długie minuty krzyku i płaczu. W tym sensie… było to „normalne”. Ale nie mogłam uznać, że – ok, taki ma teraz czas, że przychodzą ataki, kiedyś to minie. Samo nie minie, samo się nic nie zrobi, trzeba zrozumieć, dostrzec przyczyny, uleczyć je…

Myślałam, myślałam i myślałam. W końcu zdecydowałam, że kluczowe będą dwa aspekty w pokonaniu tego różowego stwora i odzyskaniu mojego słodkiego kochanego dzieciątka.

Zapobieganie i uprzedzanie ataków.

W trakcie ataku – jak podczas burzy, tajfunu czy innego bardzo podobnego do ataku furii zajwiska  – stworzenie bezpiecznego schronienia i czekanie na wytracenie siły żywiołu.

ZAPOBIEGANIE ATAKOM FURII:

– pilnuję ilości bodźców jakie otrzymuje dziecko – wszystko zależy od indywidualnego usposobienia dziecka… ale ja uznaję, że dziecko po kilku godzinach w przedszkolu to takie, które zdecydowanie potrzebuje teraz już spokoju domowego a nie np. zakupów.

– pilnuję aby dziecko śpiące było w drodze do spania, a głodne miało szykowany posiłek. Szczególnie zmęczenie i nadmiar bodźców katalizuje ataki histerii

– ustalam z dzieckiem następne działania – np. przed wyjściem do sklepu róbmy wspólnie listę zakupów, ja zazwyczaj zgadzam się na kupienie jednego produktu, który odpowiada zarówno Helenie jak i mnie;

W TRAKCIE ATAKU:

Gdy doszło już do ataku, siadałam w pobliżu Heleny. Starałam się być na jej poziomie, żeby wiedziała, że w każdej chwili może do mnie podejść i się przytulić. Nie mówiłam nic, nie argumentowałam. Byłam obecna. Gdy widziałam, że wykrzyczała już większość złości, nienarzucająco otwierałam się na nią poprzez wyciągnięcie ręki. Przychodziła, przytulała się, koiła nerwy. Jestem przekonana, że moje dziecko wie i czuje dobrze, że w mojej osobie w 99% przypadków odnajdzie zrozumienie, cierpliwość, ukojenie. Że odnajdzie siebie zamiast różowego potworka, którego pewnie sama się boi. I dopiero wtedy, gdy zaczęłam być dla niej obecna, nieoceniająca, niewymagająca, dopiero wtedy postąpiłam tak mądrze, jak Mama Muminka, która w rozwrzeszczanym, różowym brzydalu zobaczyła dziecko, które się zagubiło w bardzo głębokim kapeluszu czarnoksiężnika.

Co nam się udało?
Dzisiaj różowy stwór już nas praktycznie nie odwiedza. Gdy czasami próbuje zajrzeć, Helena opanowuje go niemal natychmiast. Przedwczoraj obudziła się w nocy, poprosiła o wodę, ale musiała to być woda przyniesiona przeze mnie. Przyniósł tata, spotkało się to z oburzeniem, ale w ciągu trzech minut zostało przytulone, ukojone. Gdy wchodzimy do bloku, ustalamy, czy idziemy schodami, czy jedziemy windą. Gdy mam ciężkie zakupy, jedziemy, gdy nic nas nie obciąża, idziemy schodzami. Helena wtedy mówi: „Laz lobimy tak jak chce mama, laz jak Helenka”.

Jestem z niej potwornie (nomen omen) dumna, bo przerobiła pięknie i mądrze lekcję o tym, że w życiu nie dostajemy wszystkiego od razu, natychmiast. Że nie jesteśmy czarnoksiężnikiem, który na każde swoje życzenie wyciąga z kapelusza to, czego mu trzeba, tylko jesteśmy ludźmi wśród innych ludzi. A inni ludzie nie zawsze muszą móc czy chcieć dać nam to, czego teraz i natychmiast potrzebujemy. To jest lekcja, której wielu dorosłych nie przerobiło do końca… zapewne dlatego, że jako dzieci nie otrzymali pomocy w poradzeniu sobie ze skutkiem ubocznym posiadania kapelusza czarnoksiężnika.