Featured

Jak ubrać ciążowy brzuszek? Mój dzień ze stylistką.

Jesteś w ciąży – gratulacje 🙂 Przed Tobą przynajmniej 6 miesięcy, w trakcie których wielokrotnie założysz na siebie coś, co po chwili zdejmiesz – bo nagle okaże się, że jest przykrótkie, że uciska w dole brzucha lub nie dopina się w talii. Jestem teraz w 6 miesiącu, to moja druga ciąża, do tego zawodowo uczestniczę w tworzeniu ubrań dla przyszłych mam i mam karmiących w koszulove.com. Postanowiłam poprosić o pomoc stylistkę, aby ustalić raz na zawsze, jak dobrze wyglądać w ciąży. Moja szafa musi dostosować się teraz do bardzo wyśrubowanych wymagań: musi być wygodnie, ubrania muszą rosnąć razem z brzuszkiem, musi być modnie i pasować na wiele okazji oraz…sezonów! To dopiero wyzwanie, przyznasz? 🙂

Do szafy trzeba podejść z głową 🙂 Poświęć pół dnia na przegląd, a dzięki temu wielokrotnie zaoszczędzisz czas, bo przez kilka miesięcy nie wyjmiesz na pewno nic, co za chwilę ze skwaszoną miną odłożysz w kąt. Szkoda Twojego czasu!

Ja zrobiłam przegląd ciuchów i wszystko, czego na pewno nie dopnę na brzuszku, schowałam głęboko, żeby mi nie wchodziło w drogę. I gdyby nie to, że mam kilka ciuchów ciążowych z koszulove.com, niewieleby tu zostało. Dobrze, że wpadłam na pomysł, aby poprosić o pomoc Kasię – blogerkę modową i stylistkę znaną jako Stylowa Misja.

Zanim zabrałam się do pracy, zapytałam maksymalną ilość kobiet o to, jakie problemy sprawiało im ubieranie się, gdy były w ciąży. Główne nasze bolączki to:

Drogie, niemodne ubrania ciążowe, „jak dla ciotki klotki”

Rzadziej, ale jednak, zdarzały się narzekania na to, że

Brakuje sexy ubrań ciążowych.

Ze swojego doświadczenia wiem też, że:

Niełatwo jest ubrać się w ciąży „na specjalną okazję”

I wiecie, co jeszcze?

W ciąży łatwo wyglądać grubo…

…nawet jeśli jedyny obszar ciała, który urósł, to nasza talia. Wiem o tym, odkąd poprosiłam męża, aby zrobił mi fajne zdjęcie. Na każdym wyglądałam jak wieloryb!

Wspólnie z Kasią przeanalizowałyśmy Wasze wypowiedzi, nasze doświadczenia, wybebeszyłyśmy moją szafę i postanowiłyśmy stworzyć stylizacje, które zmienią Wasze myślenie o tym, jak się ubierać w ciąży. Ja dzięki dniowi ze stylistką przeżyłam małe katharsis i nauczyłam się wiele o tym, jak kreatywnie się ubierać nie tylko w ciąży, ale w ogóle. A wiecie co, myślałam że nie jest ze mną źle i jakoś tam buty do spodni dobrać umiem 😉

Czego nauczyłam się o ubieraniu się w ciąży dzięki stylistce?

  1. Trochę luźniej i trochę dłużej to nie jest dobry trop

    Wiele z Was pisało, że ciążowej garderoby specjalnie nie rewolucjonizowało, że nie kupowałyście nic w sklepach z odzieżą ciążową, tylko po prostu wybierałyście „normalne ciuchy” trochę dłuższe i luźniejsze. Ja też nie jestem za wydawaniem majątku na kilka miesięcy, ale skoro już masz coś kupić, to lepiej kup mniej, ale lepiej. Kasia mówi, że brzuszek należy podkreślić. Dlaczego? Po to, aby jedno spojrzenie przypadkowego przechodnia wystarczyło, żeby z całą pewnością stwierdzić: ciężarówka. A nie – objedzona. Dlatego lepiej będzie inwestować i wyciągnąć z szafy te rzeczy, które go podkreślą. Kasia proponuje kombinezony, tshirty uszyte z myślą o ciążowym brzuszku, ale także… podkreślanie brzuszka paskami lub wiązaniem koszuli nad lub pod brzuszkiem.

dsc_6600
Rock and roll Made in Poland 🙂
dsc_6597
Znów koszulove „bociany”, tym razem w wersji rock and roll 🙂
dsc_6565
Ciążowy tshirt z koszulove.com, zwężany u dołu, podkreśli brzuch, a kurteczka na nim stworzy świetną kompozycję.
2
Koszulovy ciążowy tshirt z czerwoną sukienką maxi.
  1. Nie chowaj koszul i kurteczek, które się nie dopinają na brzuszku

    Nie popełniaj mojego błędu 🙂 Ja przygotowując szafę na ciążę, schowałam wszystko co mi się guzikami przestało spinać. A Stylowa Misja wyciągnęła to na sofę i zaskoczyła mnie kilkunastoma stylizacjami z użyciem koszul, które się nie dopinają! Ja sobie zanotowałam jako dogmat modowy ciężarnej, aby pierwszą warstwę nakładać obcisłą, a drugą (jeśli wymaga tego okazja lub pogoda) narzucać luźną. Daje to świetną, różnorodną „stylówkę” i fajnie podkreśla główną krągłość.

dsc_6565
Ciążowy tshirt z koszulove.com, zwężany u dołu, podkreśli brzuch, a kurteczka na nim stworzy świetną kompozycję.
dsc_6682
Dżinsowa długa koszula – i co z tego, że się nie dopina? Razem z koszulką w paski pod spodem i legginsami tworzy rewelacyjną stylizację, która zachwyci Pinterest 🙂
dsc_6642
Kombinezon z obniżonym stanem w wersji „włóczykij”. Krótki rękaw i kolor limonkowy wcale nie oznaczają, że nadaje się tylko na wakacje 🙂 Zobaczcie tę świetną jesienną stylizację dla kobiety w ciąży 🙂
dsc_6873
Pod spodem sukienka ciążowa MINI „Niech moc będzie z Tobą” a na niej, dla urozmaicenia, dżinsowa długa koszula. I koniecznie pasek nad brzuszkiem!
dsc_6625
Kombinezon limonkowy w wersji letniej – ozdobiony tylko złotymi i drewnianymi dodatkami.
  1. Sukienka ciążowa to must-have.

    Wiedziałam, że moja granatowa sukienka ciążowa marszczona pod biustem jest uniwersalna. To typowa ciążowa sukienka, uszyta też z myślą o mamach karmiących. Ale ilość stylizacji, jaką wyczarowała Kasia, zdumiała nawet mnie. Okazało się, że jedna sukienka ciążowa może być do bólu codzienna i sportowa, jak i nadawać się na chrzest czy ślub.

dsc_6719
Kasia mówi, że wystarczy kwiatek, kremowa torebka, wysokie buty, i mogę iść na chrzest, komunię lub inną oficjalną okazję 🙂
dsc_6715
To idę 🙂
dsc_6745
Tutaj granatowa sukienka ciążowa z koszulove.com jest bazą do stylizacji sportowej.
dsc_6754
Moja perełka – granatowa sukienka tworzy z pudrowym płaszczem (i znów – co z tego, że się nie dopina) piękną i elegancką stylizację.
dsc_6767
Złoty pasek wielokrotnego użytku 🙂

dsc_6764

dsc_6758
Pudrowa, zamszowa torebka i buty kremowe na grubym obcasie.
  1. Kupuj/wybierz z szafy takie rzeczy, które pozwolą na wielosezonowe stylizacje.

    Jeśli masz dobrą podstawę (patrz „piramida” na końcu tego posta) w postaci bluzki lub sukienki, dodatki (rajstopy, marynarki, buty, czapki) zrobią resztę. I znów – choć narzekamy na ceny ciążowych ciuchów, to przecież wcale nie musimy kupować całego asortymentu. Dobrze wybrać jedną rzecz a potem cieszyć się nią wraz z rosnącym brzuszkiem i zmieniającą się pogodą. Oto sztuka godna wprawnej stylistki 🙂

    dsc_6787
    Sukienka ciążowa i do karmienia piersią „Matka Polka” w wersji biznesowej, oficjalnej, dzięki marynarce (niedopiętej :)), czarnej torebce i ażurowych, miętowych butach.
    dsc_6793
    „Z tyłu nie wyglądasz, jakbyś była w ciąży” – to stwierdzenie jest dla mnie niezminne zabawne 🙂
    dsc_6835
    Sukienka ciążowa i do karmienia piersią w kolorze latte w wersji wczesnojesienny włóczykij 🙂

    dsc_6840Wersja boho i późne lato. Bazą jest sukienka ciążowa z koszulove.com w kolorze latte, na niej narzutka – koszula, okulary, slomkowy kapelusz.

    dsc_6842

dsc_6793
„Z tyłu nie widać, że jesteś w ciąży” 😉 – niezmiennie bawi mnie to stwierdzenie.
dsc_6879
Kolejne twórcze wykorzystanie sukienki ciążowej MINI z koszulove.com – do niej niebieska koszula i brązowy paseczek, wczesną jesienią będzie idealnie 🙂

Tyle zapamiętałam z tego intensywnego dnia w towarzystwie Stylowej Misji. Zastosowanie tych 4 rad odmieni moje codzienne kompozycje ciuchowe. I chyba już długo nie powiem, że „ja nie mam się w co ubrać”.

Zorganizuj szafę jak piramidę

Ułożyły mi się te rady w głowie w piramidę. Ta piramida odnosi się do problemu „jak przygotować szafę do wymogów stanu błogosławionego”. Odpowiada na pytanie jak wydać minimalną ilość pieniędzy na ubrania ciążowe, jak szybko tworzyć ciekawe i oryginalne stylizacje i… jak nie wyglądać grubo w ciąży 😉 

Na samym dole piramidy są rzeczy, które już teraz masz w swojej szafie: narzutki, legginsy, dżinsowa kurtka, marynarki, koszule, elastyczne (dopasowane) i dostatecznie długie tshirty.

W środku są niezbędne rzeczy, które będziesz musiała kupić: są to ciążowe spodnie z elastycznym pasem.

Na samym szczycie są wisienki na torcie – multi-funkcjonalna sukienka ciążowa.

infografika-jak-ubrac-ciazowy-brzuszek

Jeszcze więcej stylizacji ciążowych, jakie wykonała na mnie Kasia, znajdziecie wkrótce na blogu blog.koszulove.com oraz na blogu samej Kasi. Zobaczcie też backstage czyli o tym, jak przez ponad 10 h dobierałyśmy ciuchy, planowałyśmy stylizacje, dobierałyśmy dodatki, w między czasie wyprawiając na spacer Helenę z babcią Danusią (Dziękuję :)).

 

Za pomoc w realizacji sesji dziękuję Sukienkowo i kawiarni rodzinnej Tymianek.

Przychodzi mama do projektanta…

Dzieci zdrowe – zapalenie oskrzeli już za nami. Odpukać! Filip śpi, Helena w przedszkolu. Pracuję nad szczegółami imprezy z okazji premiery nowych ubrań dla mam karmiących i w ciąży. Jestem po spotkaniu w Family Cafe, jednym z najpiękniejszych miejsc na mapie Poznania, które dodało mi potrzebnych skrzydeł. A jak to się w ogóle wszystko zaczęło? Przecież ten projekt wcale nie miał być projektem, nie myślałam o żadnej imprezie…


Spotkanie mody i macierzyństwa dojrzewało we mnie równomiernie z Filipem, z którym w 2016 roku byłam w ciąży. Na koniec lata spotkałam się z Kasią, stylistką, aby przerobić temat modnego ubierania się gdy ma się brzuszek. Kasia naświetliła mi temat z wielu perspektyw, o których jeszcze nie myślałam. Potem zaczęliśmy w koszulove rozmawiać nt. nowych modeli ubrań – co zaproponować na 2017 r., co udoskonalić, jakie potrzeby mają mamy, które robią u nas zakupy. I wtedy wpadłam na pomysł, aby nowe modele ubrań opracować w drodze konkursu dla młodych projektantów.

Dlaczego konkurs i dlaczego młodzi projektanci?

Pomyślałam, że nowe rozwiązania funkcjonalne w ubraniach do karmienia piersią potrzebują świeżych, nieszablonowych, odważnych pomysłów. Zwrócenie się do młodych, nieskrępowanych twórczo osób miało wg mnie wiele plusów. I tak trafiłam do Szkoły Forma, w Szkole Forma na Anię Joniak, jej założycielkę. W jej osobie znalazłam potrzebne w projektowaniu doświadczenie i wiedzę. Opowiedziałam Ani o pomyśle, Ania poczuła lekki zew krwi projektanckiej i konstruktorskiej, i… zaczęłyśmy 🙂

Za namową Ani (choć nie musiała mnie namawiać długo) przyjęłyśmy, że to nie będzie tradycyjny konkurs, takie one-night-stand. Zdecydowałyśmy, że z uczestnikami będziemy rozmawiać, damy im dużo wiedzy o tym, dla kogo mają projektować, jakie są szczególne potrzeby tej „grupy docelowej”. Zrobiłyśmy warsztaty, na których, z pomocą Karoliny „Kolorowej Mamy” opowiadałyśmy projektantom o karmieniu piersią. O tym jak to wygląda w przypadku niemowlaka, jak u starszaka, jak często dziecko je, że niektóre dzieci lubią trzymać drugą pierś, że niektóre niespokojnie ssą raz jedną raz drugą pierś, że najważniejsze na świecie jest to aby szybko móc podać pierś. Gdy mówiłam o tym, czułam się jakbym przyleciała z innej planety. Stałam przed projektantami z pokaźnym brzuchem i opowiadałam o karmieniu. Dla mnie to temat tak naturalny jak stan pogody. Ale dla osób, które nie są mamą… musiało być to osobliwe. Rzadko kiedy mamy okazję tak dużo mówić o piersiach 🙂

zdjęcie z warsztatów 1.jpg

DSC00282.JPG

DSC00311.JPG
Wybieramy projekty które przejdą do 2 etapu konkursu

Konkurs miał dwa etapy. Najpierw oglądaliśmy szkice żurnalowe i moodboardy. Rozmawialiśmy o tym, jak projektanci chcą podejść do zaspokojenia szczególnych potrzeb ubraniowych mam karmiących i mam w ciąży. Na tym etapie jadłam sporo ciastek. W Szkole Forma zawsze jest kilka typów ciastek – to trzeba wiedzieć 🙂

Kilkanaście szkiców żurnalowych, które zakwalifikowały się do następnego etapu, miały teraz zostać odszyte z neutralnej dzianiny. Żeby zobaczyć, jak to wygląda „w 3D”, sprawdzić konstrukcję i samo rozwiązanie – ciążowe i do karmienia.  Po tych próbnych odszyciach spotkałyśmy się, aby założyć na siebie, sprawdzić jak to działa. Ja wtedy sprawdzałam dodatkowo, jak dana rzecz układa się na brzuszku. Początkowo założenie było takie, że konkurs wygra jedna rzecz… ale na tym etapie wiedziałam już, że będzie ich więcej. Byłam zachwycona niektórymi pomysłami. I cieszyłam się, że już niedługo sama będę karmiła Filipa w odjazdowych ciuchach. Pod wieloma względami jestem wielką szczęściarą… 🙂

4 miesiące później

Mijały kolejne dni, projektanci na następnym etapie mieli odszyć prototypy z dzianin docelowych. Zbliżał się grudzień i mój termin porodu. Zresztą myślę, że wspinanie się na 3 piętro Szkoły Forma ostatecznie trochę przyczyniło się do tego, że 9 grudnia pojechałam na porodówkę. 8 grudnia wychodziłam z „Formy” i w korytarzu ustalałam z Anią termin spotkania, na którym miałyśmy wskazać zwycięskie projekty. Zaproponowałam 22 grudnia. Dopiero po kilku minutach dotarło do mnie, że to termin mojego porodu 🙂 I tak 9 grudnia urodził się Filip. A Ania Joniak świętowała swoje urodziny. I wiecie co? Dokładnie 22 grudnia spotkaliśmy się aby wybrać ostateczne, wygrane projekty. W dzień mojego porodu! Ale ja zamiast rodzić, karmiłam Filipa i to po kolei w każdym zaprojektowanym prototypie. Robiłam sobie zdjęcia podczas karmienia, mierzyłam czas przystawienia, pokazywałam bliskim osobom i pytałam o zdanie.

Świętujemy

9 marca o godz. 11:00 w bajecznie pięknym Family Cafe w Poznaniu odbędzie się fajna impreza, która oficjalnie zakończy ten projekt. Ona jest po to, aby świętować miłą, twórczą pracę, i po to, aby zebrać opinie młodych mam odnośnie powstałych ubrań. Zapraszam Was serdecznie 🙂 Cel projektu był taki, aby mamy mogły karmić swobodnie, bez wzbudzania dyskusji, przyciągania krępujących spojrzeń. Mam nadzieję, że się nam udało. Przyjdźcie to ocenić 🙂

W trakcie spotkania Wasze maluszki będą bawiły się tuż obok Was. Zapewniamy pyszne przekąski, oczywiście KAWKĘ ;), ja pracuję teraz nad fajnymi upominkami dla wszystkich uczestniczek spotkania oraz nad jak największą ilością prezentów, które rozlosujemy wśród zarejestrowanych uczestniczek. A to jeszcze nie wszystko… jutro napiszę Wam, kim jest GOŚĆ SPECJALNY 🙂 🙂 🙂

Dobry poród

Szkrabowi stuknęły dziś 2 miesiące, najwyższa pora i dobry pretekst, aby napisać o moim porodzie. Dlaczego w ogóle chcę dzielić się takim osobistym doświadczeniem? Ano, jestem trochę ewangelistką porodową. Tzn. nie to co Marianna Szymarek czy inne fajne doule, ale jak mówię o porodzie, to mi od razu się żarzy w klatce piersiowej. Bo wierzę, że od dobrego porodu łatwiej zacząć macierzyństwo. I że mamy duży wpływ na to, aby poród był dobry. I że warto rodzić siłami natury.

Dobry poród czyli jaki?

Dla każdej z nas wyznaczniki dobrego porodu będą różne. Dla mnie było to:
– W trakcie mojego porodu byłam traktowana podmiotowo, zgodnie z moim planem porodu. To szpital był dla mnie a nie ja dla personelu.
– Miałam przy sobie wielkie wsparcie Położnej i Męża, w trudniejszych chwilach dostawałam radę lub pomoc konkretną (brawo dla mojego Męża za masaż kręgosłupa)

Poród w domu czy w szpitalu

A w ogóle to miałam rodzić w domu. Już byliśmy zakwalifikowani przez Położną. Już Mąż był przekonany a ja nastawiona. Jednak wirus grypy jelitowej zdecydował inaczej. 8 grudnia spędziłam noc nad toaletą. Rano bałam się ruszyć, aby nie wywołać akcji porodowej, Położna napisała: „Lepiej żebyś teraz nie rodziła”. Zaniepokoiły mnie słabo wyczuwalne ruchy i ok 14:00 byłam na Polnej (Poznaniankom nie muszę dalej wyjaśniać :), to wojewódzki szpital położniczy w Poznaniu). Czekaliśmy z Mężem ponad godzinę z bilecikiem kolejkowym. Ja zupełnie spokojna – sprawdzą, powiedzą że ok, wypuszczą. Mąż się wkurza, że tyle to trwa. Ja z zadowoleniem: „A widzisz, dlatego właśnie lepiej, że rodzimy w domu. W domu to my o wszystkim decydujemy”.

A tu klops podczas badania. Miła młoda lekarka stwierdza, że sączą się wody płodowe, co jest równoznaczne z „zostaje pani na oddziale”. Wyobrażacie sobie moje zniesmaczenie obrotem spraw? Bez sił, chora (zarażę malucha???) i do tego w szpitalu. No nie tak miało to wyglądać.

Do dzieła

Wiozą mnie wózkiem jak jakąś chorą, a nie wojowniczkę, która wkrótce wyda na świat Nowe Życie. Na szczęście na położniczym jest moja Położna, która akurat ma dyżur. Przypadek? Iwona mnie przytula i już wiem, że będzie dobrze. Tylko jeszcze nie wiem, jak. Bo 2 cm rozwarcia to jeszcze nie jest szał. A w szpitalu blokada psychiczna może sprawić, że rzeczywiście urodzę w terminie – 22 grudnia. Położna robi mi masaż szyjki macicy. Dobrze, że jakoś wcześniej nie naczytałam się, jakie to bolesne. No bolało, ale przecież to nic w porównaniu z tym, co czeka za rogiem. Po masażu zaczęło się na poważnie. Ale jeszcze byłam kontaktowa, wypełniałam ankietę, żartowałam sobie ze studentką, która była na mojej małej salce. W tym czasie Mąż transferował Helenę z przedszkola do domu i czekał aby przekazać ją pod opiekę moich rodziców. Gdy przyjechał o 18:00, ja już byłam ok 5 cm i na gazie 🙂 Teraz nie wiem jak pierwszy poród bez gazu przetrwałam. Na szczycie bólu dawał ulgę.

Byłam świadoma każdej fazy, każdej kolejnej „bramki”. Była praca z bólem, potem chwila wytchnienia, potem kolejna praca z bólem. Położna wpadała na chwilę aby zobaczyć co się dzieje i dać wytyczne co robimy dalej. Gdzieś w połowie poprosiła abym się położyła na boku, aby główka Filipa zrotowała odpowiednio. Na tym etapie pomógł mi nalpain i masaż kręgosłupa. Trzecia faza mnie zaskoczyła. Nie poradziłam sobie z nią tak szybko jak przy porodzie Heleny, gdzie parcie odebrałam jako całkiem łatwą czynność. Tutaj miałam jakąś blokadę, tak jakbym nie wiedziała jak do tego podejść, jakby moje ciało trochę się pogubiło. Może ta faza przyszła za szybko – była to piąta godzina porodu. Poprosiłam o nacięcie (A dokładnie brzmiało to tak: „Booooliiiiiii…. Iwona błagam… natnijcie mnie!!!”) .

Początek

I to był już the end. A właściwie początek, bo na moich piersiach wylądował Filipek. Po raz drugi to wielkie szczęście zostania mamą, również wielkie szczęście zobaczenia zdrowego maluszka. Wszystko prawie tak, jak chciała tego Matka Natura i prawie tak, jak chciałam tego ja 🙂 W ogólnym rozrachunku – szczęśliwie.

por3

Jak poradzić sobie z różowym stworem, czyli ataki histerii u 2 i 3-latka

W pierwszym odcinku „Doliny Muminków”, Muminek wchodzi do czarodziejskiego kapelusza i wychodzi z niego jako obrzydliwy, różowy stwór. Cała rodzina i znajomi reagują tak, jak się reaguje na obrzydliwego różowego stwora – z nieufnością i gotowością bojową. Różowy stwór, czyli Muminek, jest przerażony swoją nową postacią i tym, że bliscy nie widzą jego dramatu, tylko własny strach. W pewnym momencie do pokoju, w którym rozgrywa się ta dramatyczna scena, wchodzi Mama Muminka. Różowy podbiega do niej i ze łzami w oczach, rozdzierająco woła: „Mamusiu, powiedz że mnie poznajesz, to ja, Muminek!”. Mama patrzy na niego spokojnie i po dłuższej chwili mówi:

„Tak, ty jesteś moim Muminkiem”.

Ta scena jest dla mnie przewodnikiem po atakach histerii (zwanych też atakami furii) u mojego prawie 3-letniego dziecka.

screenhunter_4817-nov-04-22-09

U nas etap histerii, która można też opisać jako ataki nieuzasadnionej furii, w trakcie której rodzic rozważa czy dzwonić na policję, po egzorcystę lub straż pożarną, podczas gdy dziecko krzyczy jak obdzierane ze skóry, nóżkami, rękoma lub całym ciałem uderza w podłogę czy ścianę (stąd pewnie chęć wezwania egzorcysty), podczas którego następuje utrata kontaktu wzrokowego i słuchowego, zakończył się jakiś czas temu. Trwało to ok 2 tygodnie, w kulminacyjnym momencie w ciągu 1 dnia moja córka zaserwowała mi 5 takich ataków pod rząd. Jeden był spowodowany tym, że obudziła się po popołudniowej drzemce, drugi tym, że zamiast schodami, wjechałyśmy windą, reszty nie pamiętam, ale powód był – w moim odczuciu – błahy. Nigdy dotąd nie czułam się jako rodzic tak zagubiona jak w tamtym czasie. Szukałam właściwej interpretacji tych sytuacji. Właściwa interpretacja, analiza tego, jak we mnie rezonują te ataki, i jakie mają podłoże u dziecka, było dla mnie kluczowe, aby potem znaleźć skuteczne rozwiązania.

Wahałam się między dwiema alternatywnymi interpretacjami zachowania mojej dwulatki:
– Helena próbuje narzucać i dyktować warunki naszego współżycia, co większość dorosłych określa mianem terroryzmu.
– Helena rezonuje trudny czas przedszkolny, w którym narzucane są jej granice życia w społeczeństwie (stanie w kolejce, trzymanie się za rączkę, chodzenie w parach, czekanie na swoją kolej)

Nie mogłam zgodzić się na uznanie, że ten różowy od płaczu, rozwrzeszczany stwór robi to po to, aby uzyskać władzę, pokazać mi „gdzie raki zimują”. Jednocześnie, gdy po raz kolejny afera dotyczyła tego, że nie wezmę jej na opa (powód: dwudziesty-któryś tydzień ciąży), czułam, że moje granice są przekraczane. Nie mogłam zgodzić się ani na ich naruszenie, ani na uznanie własnego dziecka za perfidnego terrorystę.

Po długich namysłach i pobieżnych lekturach tekstów o atakach histerii u dwu- i trzylatków, przekonałam się, że:

– racjonalne argumenty (Helenko, nie mogę Cię nosić bo mam dzidziusia w brzuchu) nie działają
– stanowcze NIE pogarsza sprawę (NIE, NIE wezmę Cię na opa)
– Krzyczenie pogarsza sprawę
– Mówienie „Uspokój się!!!” nie działa

Jest tylko jeden „sposób”, który pozwolił nam wyjść z trudnego czasu nasilonych histerii. Bycie obok. Dostrzeżenie, że różowy stwór jest nawet bardziej zagubiony niż ja w tej sytuacji. Przytulenie, gdy różowy stwór był już gotowy aby odzyskać poczucie bezpieczeństwa w moich ramionach. Zapobieganie – jak najszybsze tonizowanie emocji, gdy w perspektywie był atak szału.

Nie zrozumcie mnie źle. Ani razu nie zaakceptowałam tych ataków. Wszędzie piszą „to normalne”. A ja nie mogłam uznać za normalne tego, że moje dziecko tak mocno cierpi. To nie może być normalne, na to trzeba znaleźć rozwiązanie jak najszybciej.

Oczywiście nie kwestionuję tego, że etap rozwoju, na którym aktualnie znajdowała się Helena, mógł być tak dynamiczny i wymagający dla niej samej, że gubiła się na te długie minuty krzyku i płaczu. W tym sensie… było to „normalne”. Ale nie mogłam uznać, że – ok, taki ma teraz czas, że przychodzą ataki, kiedyś to minie. Samo nie minie, samo się nic nie zrobi, trzeba zrozumieć, dostrzec przyczyny, uleczyć je…

Myślałam, myślałam i myślałam. W końcu zdecydowałam, że kluczowe będą dwa aspekty w pokonaniu tego różowego stwora i odzyskaniu mojego słodkiego kochanego dzieciątka.

Zapobieganie i uprzedzanie ataków.

W trakcie ataku – jak podczas burzy, tajfunu czy innego bardzo podobnego do ataku furii zajwiska  – stworzenie bezpiecznego schronienia i czekanie na wytracenie siły żywiołu.

ZAPOBIEGANIE ATAKOM FURII:

– pilnuję ilości bodźców jakie otrzymuje dziecko – wszystko zależy od indywidualnego usposobienia dziecka… ale ja uznaję, że dziecko po kilku godzinach w przedszkolu to takie, które zdecydowanie potrzebuje teraz już spokoju domowego a nie np. zakupów.

– pilnuję aby dziecko śpiące było w drodze do spania, a głodne miało szykowany posiłek. Szczególnie zmęczenie i nadmiar bodźców katalizuje ataki histerii

– ustalam z dzieckiem następne działania – np. przed wyjściem do sklepu róbmy wspólnie listę zakupów, ja zazwyczaj zgadzam się na kupienie jednego produktu, który odpowiada zarówno Helenie jak i mnie;

W TRAKCIE ATAKU:

Gdy doszło już do ataku, siadałam w pobliżu Heleny. Starałam się być na jej poziomie, żeby wiedziała, że w każdej chwili może do mnie podejść i się przytulić. Nie mówiłam nic, nie argumentowałam. Byłam obecna. Gdy widziałam, że wykrzyczała już większość złości, nienarzucająco otwierałam się na nią poprzez wyciągnięcie ręki. Przychodziła, przytulała się, koiła nerwy. Jestem przekonana, że moje dziecko wie i czuje dobrze, że w mojej osobie w 99% przypadków odnajdzie zrozumienie, cierpliwość, ukojenie. Że odnajdzie siebie zamiast różowego potworka, którego pewnie sama się boi. I dopiero wtedy, gdy zaczęłam być dla niej obecna, nieoceniająca, niewymagająca, dopiero wtedy postąpiłam tak mądrze, jak Mama Muminka, która w rozwrzeszczanym, różowym brzydalu zobaczyła dziecko, które się zagubiło w bardzo głębokim kapeluszu czarnoksiężnika.

Co nam się udało?
Dzisiaj różowy stwór już nas praktycznie nie odwiedza. Gdy czasami próbuje zajrzeć, Helena opanowuje go niemal natychmiast. Przedwczoraj obudziła się w nocy, poprosiła o wodę, ale musiała to być woda przyniesiona przeze mnie. Przyniósł tata, spotkało się to z oburzeniem, ale w ciągu trzech minut zostało przytulone, ukojone. Gdy wchodzimy do bloku, ustalamy, czy idziemy schodami, czy jedziemy windą. Gdy mam ciężkie zakupy, jedziemy, gdy nic nas nie obciąża, idziemy schodzami. Helena wtedy mówi: „Laz lobimy tak jak chce mama, laz jak Helenka”.

Jestem z niej potwornie (nomen omen) dumna, bo przerobiła pięknie i mądrze lekcję o tym, że w życiu nie dostajemy wszystkiego od razu, natychmiast. Że nie jesteśmy czarnoksiężnikiem, który na każde swoje życzenie wyciąga z kapelusza to, czego mu trzeba, tylko jesteśmy ludźmi wśród innych ludzi. A inni ludzie nie zawsze muszą móc czy chcieć dać nam to, czego teraz i natychmiast potrzebujemy. To jest lekcja, której wielu dorosłych nie przerobiło do końca… zapewne dlatego, że jako dzieci nie otrzymali pomocy w poradzeniu sobie ze skutkiem ubocznym posiadania kapelusza czarnoksiężnika.

 

 

 

 

 

 

 

Bez ściemy – jako przyszły rodzic potrzebujesz tylko tych 3 rzeczy

Wiecie, z czego słyną Poznaniacy? 🙂 Mamy wrodzony zmysł oszczędności. Ja urodziłam się co prawda pod Zieloną Górą, ale 15 lat spędzonych w Poznaniu pozwoliło mi wypracować skrupulatne i rozsądne podejście do zakupów. Oznacza to, że jeśli akurat w Lidlu są fantastyczne wałki robiące wzorek na cieście, to w pierwszym odruchu oglądam towar z zachwytem i wyobrażam sobie, jak to wspaniale byłoby z Helką robić na cieście wzorki tym wałkiem, po czym zadaję sobie pytanie, jak bardzo jest mi to potrzebne, jak często będę tego używała i czy nie mam przypadkiem w domu czegoś, co pomoże mi osiągnąć podobny efekt bez wydawania pieniędzy.

Wszelkiego typu promocje, dodatkowe produkty za złotówkę lub połowę ceny – kompletnie to na mnie nie działa. A jeśli wpadnę na pomysł, że potrzebuję czegoś co byłoby większą inwestycją (sprzęt AGD lub jakiś wypasiony kosmetyk), to daję sobie kilka dni na przemyślenie tego – po czym sprawdzam, że nadal tak bardzo tego potrzebuję. To technika Briana Tracy, bardzo ją lubię. W większości wypadków okazuje się, że dany zakup po kilku dniach przestaje się wydawać tak niezbędny.

Gdy patrzę teraz na produkty dla dzieci, moją uwagę przyciągają te z ciekawym designem. Patrzę, uśmiecham się, wychodzę ze sklepu. Może kupię w prezencie. Jest taka książka „Dziecko bez kosztów”. Oczywiście jej nie kupiłam 🙂  Patrząc teraz na moje 31 miesięczne doświadczenie rodzica, któremu podczas szykowania wyprawki zdarzyło się kupić łóżeczko, które potem było zupełnie nieużywane oraz kilka innych rzeczy, które wylewały się z szafy, napiszę bez ściemy – przyszły rodzicu, potrzebujesz tylko 3 rzeczy na początku rodzicielstwa.

potrzebujesz

Chusta
Niebywała sprawa, jak te 4 metry materiału sprawdzają się w różnych podbramkowych sytuacjach. Uśpić niemowlę? Chusta. Zrobić obiad? Chusta. Pomóc szybko z kolką? Chusta. Iść szybko do sklepu po cieciorkę i tahinę? 😉 Chusta. Nie chcesz aby krewni-i-znajomi chuchali i ściskali zanadto bobasa? Chusta. Podróż pociągiem – też chusta. Przydaje się na wyjście z domu od 2 metrów do 2 000 km (sprawdziłam w te wakacje tę drugą opcję). W naszym przypadku chusta „zrobiła mi” spokojnego i zadowolonego, świetnie rozwijającego się malucha. A muszę nadmienić, że chustowo jestem na poziomie zaawansowania pierwszaka – znam tylko 2 wiązania i mam tylko jedną chustę, która pasuje mi do wszystkich ciuchów i jest unisex. Koszt chusty (nowej) to ok 200 – 400 zł, ale nie pożałujesz tego wydatku ani razu. Warto też doliczyć koszt szkolenia/warsztatu czy spotkania z doradcą chustowym (ok 50 – 150 zł – na wiedzy o prawidłowym noszeniu dzieci bym nie oszczędzała).

dsc09998

Kitchen helper
Dostawka do blatu kuchennego dla dziecka zabezpieczająca przed wypadnięciem malucha. Jak już zaczyna potomek stać, wstawiasz ją/go na ten podest, dajesz wodę, mąkę, kubek, jakieś niezbyt ostre narzędzie kuchenne 😉 i robisz swoje. Helenka podczas moich kuchennych walk ćwiczyła motorykę małą. Zabawki mogły nie istnieć (kolejne pole do oszczędności), ciekawsza była mąka i rozmaite kubki do przelewania. Kitchen helper wykonasz samodzielnie – w sieci znajdziesz dużo pomysłów na jego wykonanie, my użyliśmy tego taboretu ze schodkiem (69 zl) a następnie dorobiliśmy do niego „balustradę”.

Ubranie do karmienia piersią
To już trochę fanaberia, przyznam. Bo przecież w zwykłych rzeczach są guziki a każdą koszulkę można podnieść od dołu a prawie każdą „odciągnąć” od góry. Jednak większość sukienek jest dla mamy karmiącej nieosiągalna ze względu na brak możliwości rozdekoltowania się czy podciągnięcia sukienki. I tutaj naprawdę warto mieć w szafie coś, co zostało przemyślane specjalnie pod kątem karmienia piersią. Moje sukienki i bluzki z koszulove wielokrotnie uratowały mi wyjście i sprawiły że oszczędziłam sobie rozpaczy przed szafą. Po konsultacji ze stylistką wiem, że jedno takie ubranie + kreatywność może dać mi mnóstwo rozmaitych stylizacji. Znów – oszczędzam 😀 A tak nota bene, samo karmienie piersią jest również bardzo, bardzo oszczędne – pewna oszczędna mama obliczyła, że w ciągu pierwszych 7 miesięcy życia dziecka karmienie naturalne to oszczędność min 750 zł (brała pod uwagę koszt najtańszego mleka modyfikowanego). Warto też zainwestować w miękki stanik do karmienia piersią. Zwłaszcza na początku, w okresie nawału, nie tolerowałam niczego sztywnego czy twardego – w grę wchodziły jak najbardziej miękkie biustonosze.

 

Gadżety, zabawki, dodatki dla mamy i dziecka – dlaczego ich kompletnie nie potrzebujecie?
Trzy? Tylko trzy rzeczy potrzebne są w wyprawce świeżo upieczonego rodzica? Domyślam się, że wiele z Was czyta to z niedowierzaniem, zwłaszcza jeśli spodziewacie się swojego pierwszego dziecka. Wówczas ochota na aranżację pokoju, dostarczenie dziecku odpowiednich zabawek i środków higienicznych, a także gadżetów koniecznie rozwijających mózg dziecka (kontrastowe książeczki, karuzelki…) to element przygotowania się do rodzicielstwa.  Z doświadczenia jednak mogę powiedzieć, że to, czego dziecko będzie potrzebowało od Was do rozwoju najbardziej, to Wasza bliskość (patrz musthave nr 3 i 1). Zaś gdy podrośnie, pozwól mu odkrywać świat dookoła, jest zdecydowanie ciekawszy niż zabawki zaprojektowane przez dorosłych… (patrz musthave nr 2).

Za trzy miesiące powitamy na świecie Synka. Jak dotąd nie zrobiłam jeszcze listy zakupów na jego przywitanie, ale wiem jedno – będzie tego znacznie mniej niż przed narodzinami Heleny. Was też zachęcam do selektywnego podejścia do nowości i masthewów, abyście za kilka miesięcy nie tonęli pod zalewem niepotrzebnych rzeczy.

Jak i dlaczego zatrzymuję najcenniejsze chwile

Drugi tydzień w przedszkolu. Od rana mówi mi, że nie chce, abym ją zostawiała. Kiedy wychodzę, płacze. Mówię jej „Wrócę zaraz po obiadku, przytulimy się mocno, bardzo Cię kocham”. Za kilkanaście lat to ona wyjdzie z domu z walizką i uśmiechem w stronę nowego życia, a ja będę w środku płakała jak bóbr i prosiła ją, żeby została jeszszcze chociaż kilka lat. A ona powie: „Mamusiu, będę wpadała na obiadki”.

Pisałam to na fan page’u rycząc jak bóbr, i wiem, że co najmniej jedna osoba po przeczytaniu tego również zmoczyła powieki. Jak dla mnie wszystko jest po coś. Można pochlipać, ale należy wyciągnąć wnioski. Skoro nasza ukochana rola główna, bycie mamą, wkrótce przeminie, co możemy zrobić, aby tą bliskością malucha nacieszyć się i nie przepuścić jej przez palce?

Zanim wypuszczę moje szczęście w świat, upewnię się, że zachowałam wszystkie cenne chwile.

  1. Robię zdjęcia ważnych momentów ale też zwykłych sytuacji, żeby upamiętnić naszą codzienność.
  2.  Raz w miesiącu w miesięcznicę urodzin, nagrywam wywiad z Heleną, bo nic tak dobrze nie utrwala chwili jak film.

    ScreenHunter_4526 Aug. 23 11.43

  3. Raz w roku robię „Album Heleny”, ze zdjęciami i komentarzami, które mają uchwycić chwile. Tak naprawdę mam za sobą tylko jeden album, wpadłam na ten pomysł gdy Helka zbliżała się do swoich 2-gich urodzin. Dla mnie to lepsza forma niż zwykły album ze zdjęciami, ja się przy okazji świetnie bawiłam adaptując dostępne layouty do naszych zdjęć i przede wszystkim wpisując krótkie komentarze.

    14074372_10209063438376465_176890907_o

  4. Od 5 lat piszę bloga tylko o naszej rodzinie, nazywa się „Ach Codziennik”. Piszę tak często jak tylko mogę, wrzucając też zdjęcia robione smartfonem przy okazji zwykłych i trochę bardziej podniosłych chwil. Blog jest ściśle zamknięty przed odwiedzinami – mogą go zobaczyć tylko osoby zaproszone.
  5. Zawsze kiedy mogę, idę w tempie Heleny. Nie poganiam jej i nie popędzam. Gdy ona się zatrzymuje, zatrzymuję się z nią i podążam za tym, co ją zainteresowało.
    14087597_10209063668982230_1920184843_o
  6. Długo karmiłam ją piersią (do ok 2,5 roku), dzięki temu złapałam niezliczoną ilość chwil spokojnej bliskości.
    zdjęcie 4
  7. Jeszcze do niedawna spała razem z nami, a ja prawie nasyciłam się jej cieplutką obecnością i spokojnym, miarowym oddechem.

Tak zwane bunty dwulatka, nerwowe dni, nieprzespane noce – myślę, że warto jak najczęściej patrzeć na nie z oddalenia.

Bo kiedy zaczniemy w końcu się wysypiać, pić gorącą kawę i kiedy nikt nie będzie wystawiał na próbę naszej cierpliwości (Swoją drogą, jaki jest Wasz rekord w ilości próść do dwulatka o umycie rąk po przyjściu do domu? ;)), to oznacza, że nie ma przy nas naszego największego skarbu.

Dla mnie ta smutna refleksja to chwila rozklejenia ale potem jeszcze większa motywacja do docenienia chwil.

 

Przepraszam, jestem w ciąży

Z moją ciążą są ostatnio problemy. A to dlatego, że mniej mnie będzie w pracy, a to dlatego, że nie można przy mnie zapalić, ale przede wszystkim dlatego, że mogę się wepchnąć w kolejkę.

Piszę wepchnąć, bo o przepuszczaniu chyba już ludzie zapomnieli. Patrzymy w smartfony, w tramwaju odwracamy wzrok byle dalej od „bliźnich”, i jeśli za czymś wodzimy wzrokiem, to jest to co najwyżej pokemon. Coś tak małego, niepozornego, jak kobieta z wydatnym brzuchem, społeczeństwo omiata wzrokiem.

Uważam, że inicjatywa przepuszczenia w kolejce powinna wyjść od osób z obsługi, a najlepiej, jeśli jest wyraźnie ogłoszona w sklepie – tak jest w IKEA i SuperPharm. W tych miejscach znajduje się specjalna kasa dla osób uprzywilejowanych – kobiet w ciąży i rodziców z dziećmi. I super, bo w ten sposób nie jestem zdana na łaskę osób w kolejce przede mną, ale przede wszystkim, nie muszę mówić:

Przepraszam, jestem w ciąży.

Czy mogę wejść przed panią?

Bo do jasnej anielki. Nie mam zamiaru nikogo przepraszać za to, że jestem w ciąży i prędzej urodzę w kolejce niż to zrobię. No dobra, prędzej po prostu podejdę do obsługi i poproszę o obsłużenie bez kolejki. Kłopot w tym, że choć nie brak mi tupetu, to wolę go zostawić na wyjątkowe okazje. Poza tym lepiej by nam wszystkim było, gdybyśmy byli wobec siebie z natury eleganccy, albo chociaż kulturalni, no albo w ostateczności przynajmniej przyzwoici.

Ja mam, jak do wszystkiego, elastyczne podejście do przepuszczania mnie w kolejce z racji mojego odmiennego stanu. Nie wymagam tego zawsze i bezwzględnie. Bo czasami czuję się dobrze, czasami mam czas, czasami mogę pogapić się na wystawę wędlin (a co). Nie mam roszczeniowego podejścia, pewnie dlatego w ciągu prawie 6 miesięcy mojej ciąży zostałam przepuszczona w kolejce tylko raz. A dziś to się po prostu wepchnęłam. Kolejka w szpitalnym (bakterie! wirusy!) laboratorium na czczo to nie jest miejsce, w którym jako ciężarna powinnam przebywać zbyt długo. Przeszłam zatem od razu po wejściu na początek kolejki, weszłam do „recepcji” laboratorium, zapytałam, czy kobiety w ciąży obsługiwane są bez kolejki. Pani odpowiedziała, że tak. Do pani na początku kolejki powiedziałam „To ja stanę przed panią”. I wiecie co? Pani nawet na mnie nie spojrzała. Nie drgnął jej kącik oka, ni ust. Potem z prawa do bycia trochę bardziej uprzywilejowanym skorzystało 3 letnie dziecko ze swoją mamą. Na co z kolejki rozległo się narzekanie: „Tutaj ciągle ktoś wchodzi bez kolejki!”.

Ludzie… – pomyślałam sobie – zachowajmy resztki kultury. To, jak traktujemy „słabszych”, świadczy o tym, jakim społeczeństwem jesteśmy. Jeśli umiemy się zatrzymać i pomóc, zrezygnować na chwilę ze swojej gonitwy, swoich priorytetów, i zobaczyć, że możemy wyświadczyć małą grzeczność komuś, kto tego potrzebuje, to zróbmy to. Poprawa nastroju – gwarantowana.